„Pomaganie zawsze siedziało we mnie”

Partnerem cyklu jest Dowództwo Wojsk Obrony Terytorialnej
szer. Katarzyna Kremer - 11 Małopolska Brygada Obrony Terytorialnej
Rozmowa ze starszym szeregowym Katarzyną Kremer, pielęgniarką z wieloletnim doświadczeniem, psychoonkologiem, a zarazem żołnierzem 11 Małopolskiej Brygady Obrony Terytorialnej w Krakowie

Ciężkie czasy nastały dla personelu medycznego…

Nie pracuję wprawdzie na oddziale „covidowym”, jestem pielęgniarką na oddziale urazowo-ortopedycznym, ale pracy rzeczywiście jest pod dostatkiem. Po pierwsze rosnąca w zatrważającym tempie liczba pacjentów z dodatnim testem na Covid-19. Do szpitala trafiają ludzie w coraz cięższym stanie. Część jest świadoma zakażenia wirusem i informuje o tym przy wzywaniu karetki, część dowiaduje się dopiero po teście w szpitalu. Druga sprawa to coraz większa liczba personelu przebywająca na kwarantannie czy w izolacji. Koleżanki trzeba zastąpić, więc dyżurów jest więcej. Powoli wychodzimy na prostą, ale zawsze może się coś wydarzyć. Człowiek idzie do pracy i nie wie, kiedy wróci do domu. W połowie października prawie nie wychodziłam ze szpitala. Wcześniej, a pracuję jako pielęgniarka od 15 lat, nie zdarzyły się takie sytuacje.

I w tym wszystkim ma Pani jeszcze czas na służbę w Wojskach Obrony Terytorialnej?

Tak, bo daje mi to odskocznię od codzienności. WOT pozwala naładować akumulatory. Przestaję myśleć o pracy. Ostatnio zostaliśmy wezwani do jednostki w trybie natychmiastowego stawiennictwa. Pojechałam, mimo że nie musiałam, bo jako osoba pracująca zawodowo w służbie zdrowia jestem na chwilę obecną zwolniona z tego obowiązku.

Ale to nie oznacza, że od wiosny, odkąd trwa pandemia koronawirusa, nie działała Pani w Wojskach Obrony Terytorialnej?

Oczywiście, że nie. Od czerwca szkolenia rotacyjne odbywały się normalnie. W ciągu tych kilku miesięcy prowadziłam dla żołnierzy szkolenia z BLS (z ang. Basic Life Support - podstawowe zabiegi resuscytacyjne), a także dekontaminacji obiektów, dezynfekcji sprzętu oraz używania indywidualnych środków ochrony: jakich urządzeń i środków do tego używać, jak prawidłowo zakładać i zdejmować kombinezony i inny sprzęt ochronny. W październiku nasza formacja przeszła znowu w tryb działań przeciwkryzysowych.

Szkolenia medyczne to Pani specjalność w WOT?

Już na samym początku, ze względu na wykonywany przeze mnie zawód, zapytano mnie, czy nie poprowadziłabym szkoleń z BLS. Tak zaczęła się moja przygoda instruktora w WOT. Chodziło o przygotowanie każdego żołnierza po szkoleniu podstawowym do prowadzenia RKO (resuscytacji krążeniowo-oddechowej), nauczenie, jak udzielić pierwszej pomocy w przypadku nagłego zatrzymania krążenia, jak ratować dziecko, które się zakrztusiło, jak się zachować podczas wypadku drogowego, jak używać automatycznego defibrylatora AED itp. Tak naprawdę taką wiedzę powinna posiadać każda osoba, nawet dziecko po skończeniu szkoły. Ale niestety tak nie jest. Dodatkowo gdy dojdzie stres, ludzie panikują. Nowi żołnierze często mówią, że pierwszy raz w życiu słyszą, jak ratować topielca czy wisielca, czy jak wyciągnąć poszkodowanego z rozbitego auta. Tego typu szkolenia powtarzane są cyklicznie. Dodajemy kolejne elementy, powtarzamy zdobyte umiejętności.

A ma Pani informacje, że ktoś już w życiu codziennym wykorzystał tę wiedzę w praktyce?

Tak, podszedł do mnie kiedyś jeden z żołnierzy i powiedział, że w życiu by nie pomyślał, że tak szybko przyda mu się ta wiedza. Mówił, że dziecko mu się zakrztusiło, a dzięki temu, że kilka tygodni wcześniej był na moim szkoleniu, uratował syna. Ratowaliśmy też poszkodowanych w wypadku drogowym, który wydarzył się tuż przed przejazdem kolumny wojskowej udającej się na szkolenie. Kiedy człowiek widzi, że jest potrzebny, aż chce mu się w to wszystko bardziej angażować. Dzielić z innymi tym, co umie. A pielęgniarstwo to jest moje życie.

To jest wiedza zdobyta w życiu zawodowym, którą dzieli się Pani z innymi żołnierzami WOT. A w drugą stronę - jakie umiejętności zdobyte w WOT mogą się przydać w życiu zawodowym?

Mam wykształcenie medyczne, mam duży staż, ale w WOT pierwszy raz zetknęłam się z medycyną pola walki. To nie jest pacjent, który leży w łóżku, podpięty pod kroplówkę, monitorowany i przede wszystkim stabilny. Uczono nas, jak mamy prowadzić akcje ratunkowe pod wpływem stresu, jak zebrać myśli, działać skutecznie i szybko, będąc pod ostrzałem. Jak przeprowadzić badanie urazowe, jak zabezpieczyć rany postrzałowe, jak odbarczyć odmę płucną. To wiedza, której mam nadzieję nigdy u nas w Polsce nie będziemy musieli wykorzystywać. Ale bardzo potrzebna. To było dla mnie wielkie przeżycie, kurs bardzo trudny pod względem psychicznym. Obroniłam magisterkę, kilka dyplomów, m.in. z psychoonkologii, ale nigdy się tak nie stresowałam. Poza tym uczę się w WOT wielu innych rzeczy, z którymi dotychczas nie miałam styczności, jak na przykład wspinaczka - w życiu bym na to nie znalazła czasu. Albo jak mam ładować piasek do worków i poprawnie je układać podczas powodzi. To wbrew pozorom nie jest proste.

Co sprawiło, że wstąpiła Pani w szeregi WOT?

Wcześniej już chciałam iść do wojska, ale się nie udało - rodzina, mąż, dziecko, praca, były ważniejsze rzeczy. Kiedy zatrudniałam się jako pielęgniarka w szpitalu wojskowym, zaproponowano mi podjęcie służby zawodowej, ale to wymagało pełnej dyspozycyjności - i to mnie zatrzymało. Natomiast w chwili, w której usłyszałam o WOT, wiedziałam, że to coś dla mnie, bo jestem osobą, która z natury chce działać, nieść pomoc. Poza tym mój dziadek przeszedł Majdanek, uciekł z transportu, był w lesie, w partyzantce. Mąż też jest z rodziny z tradycjami wojskowymi i też służy w 11 Małopolskiej Brygadzie Obrony Terytorialnej. Pierwsza złożyłam dokumenty, kilka tygodni po mnie złożył je mój mąż Paweł. Fajnie, jak można robić coś razem. Bo jedziesz np. na poligon i z całą kompanią tworzysz jeden organizm. Uczysz się człowieka obok, wiesz, na kogo możesz liczyć, i inni poznają lepiej ciebie. Wszyscy musimy myśleć w tym samym kierunku.

No a co z synem, 10-latkiem, kiedy oboje z mężem zajęci jesteście w WOT?

Kiedy zaczynaliśmy służbę, miał osiem lat. Na zmianę pomagają nam moja mama i mama mojego męża. Do tej pory szkolenia rotacyjne mieliśmy w jednym terminie. Dzięki temu dziecko było u babci tylko przez jeden weekend w miesiącu. Choć są w WOT małżeństwa, które wolą mieć zajęcia osobno - wtedy dzielą się opieką nad dzieckiem. To się da pogodzić, jeśli się tylko chce.

Kiedy już zapadnie decyzja o wstąpieniu do WOT, jakie są kolejne kroki?

Złożenie dokumentów w Wojskowej Komendzie Uzupełnień, badania lekarskie, psychologiczne, test sprawności fizycznej. To wymagało przygotowania się, chociaż śmieję się, że na każdym dyżurze robię około 10 kilometrów, więc jestem w całkiem niezłej formie. Kiedy już dostaniemy się do WOT, zaczyna się szkolenie - albo tak zwana szesnastka dla osób, które nie były wcześniej w wojsku albo ośmiodniowe szkolenie wyrównawcze dla rezerwistów.

Pamięta Pani swój pierwszy pobyt na poligonie?

Tak, doskonale. Pobudka o szóstej, bieganie po łazienkach, później zbiórka, śniadanie, wyjazd w teren. Potem cały dzień na poligonie: szkolenie z ewakuacji rannego, topografii, obsługi radiostacji, przez zieloną i czarną taktykę, poszukiwanie zaginionych w terenie, po naukę strzelania, rzut granatem czy podstawowe szkolenie saperskie. Szkolenia prowadzą żołnierze zawodowi, ludzie z potężnym doświadczeniem ze służby, z misji w Iraku, Afganistanie, ale również doświadczeni żołnierze WOT. Czerpie się z naszych zasobów, co wydaje się być sensowne i zasadne, bo aż żal nie wykorzystać różnorakiej wiedzy, umiejętności i doświadczenia, które posiada każdy z nas.

Jeszcze niedawno kobiety były rzadkością w wojsku, obecnie w WOT stanowią kilkanaście procent stanu osobowego. Kim są?

Są dziewczyny pracujące jako ratownicy medyczni, prawnicy, dziennikarki, kosmetyczki, przedszkolanki. Sporo jest pielęgniarek.

Jak na Pani decyzję o założeniu munduru zareagowały koleżanki z pracy?

Kiedy powiedziałam, że idę do WOT, pytały: „Czyś ty na głowę upadła? Nie masz co robić? Jak ci się chce po tylu dyżurach?!”. Odpowiadałam, że WOT daje mi możliwość realizowania się zawodowo, w rodzinie i w wojsku. Pomaganie zawsze siedziało we mnie. Dla mnie to służba. Robię to nie dlatego, że ktoś mnie zmusza, tylko dlatego, że chcę. Nie stoję w miejscu, rozwijam się. Ale nie każdy to czuje. Chociaż jedna z koleżanek stwierdziła, że gdyby nie dwójka dzieci na wychowaniu, sama wstąpiłaby do WOT.

A ma Pani w ogóle czas na hobby, realizowanie pasji?

Szczerze? Na to jest najmniej czasu. Staramy się z mężem, jeśli mamy na to chwilę, pojechać w góry, szczególnie w Gorce. Gdybym znalazła więcej czasu, myślę, że poświęciłabym go na wspinanie się.

Czyli warto było wstąpić do WOT?

Pewnie, że tak. Dzięki WOT człowiek nie zamyka się w swoim środowisku, spotyka różnych ludzi i każdy daje mu coś innego. Student, operator koparki, urzędnik, stolarz, prawnik - to dla mnie zupełnie inny świat. Ta różnorodność jest niesamowita.

Materiał oryginalny: „Pomaganie zawsze siedziało we mnie” - Gazeta Krakowska

Dodaj ogłoszenie